Życie studenckie, nie zawsze kolorowe :3

Wpisy

  • środa, 06 marca 2013
    • 29. Wielki powrót!

      Może nie regularny, ale staram się :3

       

      Tak więc, postanowiłam ułożyć listę najprzydatniejszych produktów spożywczych, które każdy student (moim zdaniem) powinien mieć na swoim wyposażeniu.

       

      - jajka

      - mąka

      - przyprawy/kostki rosołowe

      - olej/margaryna/masło (to pierwsze wydatniejsze, to drugie i trzecie smaczniejsze)

      - ziemniaki

      - cebula

      - herbata/kawa/woda (co kto woli pić)

      - chleb/bułki

      - * cukier (chyba, że ktoś nie słodzi ani nie piecze ciast)

       

      Moim zdaniem bez tego co wyżej się nie obędziecie. Już z samego zestawu początkowego można upichcić jakiś skromny posiłek.

      Przykładowo:

      (1) z jajka, mąki i kostki rosołowej możecie zrobić rosół z lanymi kluskami

      (2) z jajek jajecznicę (można dodać cebulki i oczywiście przysmażyć na jakimś tłuszczyku, polecam chleb do zagryzania)

      (3) z ziemniaków i jajka, można zrobić skromny obiadek np. ugotować ziemniaki i usmażyć jajko na patelni/zrobić omlet/ugotować jajko

      (4) z jajek i chleba/bułki można zrobić ubogie tosty francuskie (moczymy kromki/przekrojone bułki w jajku z dodatkiem przypraw i smażymy na odrobinie tłuszczu na patelni)

      (5) z ziemniaków, cebulki i chleba, możemy zrobić całkiem sytą kolację (ugotowane ziemniaki podsmażamy na patelni z cebulką i smarujemy nimi kanapki, posypując je solą - ja zwykle używam do tego ziemniaków z obiadu, żeby się nie zużyły) - wiem, brzmi dziwnie, ale wiele osób tak mówiło, a potem sie tym daniem zachwycali :3

       

      Więcej pomysłów na tę chwilę nie mam, ale z pewnością jest jeszcze więcej przepisów, których jedynymi składnikami są powyższe produkty :)

      Tyle na dzisiaj, tymczasem wrzucam zdjęcie swojego niedawnego obiadu (nauczyłam sie wreszcie gotować dla samej siebie i nawet mi się to podoba - zajmuje mniej czasu)

      Na zdjęciu: ziemniaczki z cebulką, ryba w panierce (ukryta pod jajkiem), jajko sadzone a'la omlet z resztek panierki do ryby i buraczki (kupne)

      polecam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      środa, 06 marca 2013 12:19
  • wtorek, 26 lutego 2013
    • 28. Wiecznie zajęta

      Hej

       

      Cóż mam powiedzieć? Nie jestem typem prowadzącym bloga, ani nawet w odrobinie wytrwałym w swoich zamierzeniach... Mimo wszystko postanowiłam sie uprzeć i tu wrócić ;)

       

      Zatem podsumujmy jakoś ostatni czas:

      W styczniu (jak udało mi się obliczyć po wydatkach z konta, bo rachunki wyrzuciłam, bo było ich milion) wydałam około 561 zł na własne wydatki (znaczy jedzenie/kosmetyki/alkohol, szczegółów nie pamiętam, żałuję i pragnę się poprawić). Dodatkowo, wydałam 180 zł na dentystę, 90 zł na nowe buty zimowe, bo poprzednie mi się rozpadły (dosłownie), 100 na zapas soczewek kontaktowych (przynajmniej nie zaparowują jak się wchodzi z mrozu do akademika). Nie zapłaciłam w styczniu za akademik, bo miałam pieniądze na koncie oszczędnościowym i nie mogłam ich ruszyć. Zapłaciłam za to podwójnie w lutym, gdzie z kolei zaoszczędziłam, bo większość czasu spędziłam w domu na feriach.

       

      Zanim jednak dojdę do wydatków lutowych, CHWALĘ SIĘ: zdałam sesję w pierwszym terminie. Ach! Marzenie każdego studenta! Udało się i jestem szczęśliwa zwłaszcza, że niektórym sie nie udało.

       

      Teraz wróćmy do moich wydatków.

      Luty: 760 zł wydane jak na razie. Fiu fiu... Troszkę się tego nie spodziewałam. No ok. Ale zrobiłam spore zakupy prowiantowe, więc może mniej będę wydawać na jedzenie. I jeszcze: kupiłam prezent współlokatorce (kiedyś stłukłam jej kubek, więc odkupiłam taki magiczny z pojawiającym się napisem ;p) i kupiłam sobie garnek do frytek z sitkiem i przykrywką na allegro (dosyć tanio). Powiedzmy, że jak na luty ograniczam już wydatki. Zwłaszcza, że 700 zł poszło na dwie raty za akademik, a jutro muszę się przejść do kasy i zapytać ile wiszę odsetek za te miesiące kiedy nie płaciłam. Ech, życie.

       

      PS.: dźwignęli mi stypendium socjalne o 70 zł :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lutego 2013 01:05
  • niedziela, 13 stycznia 2013
    • 27. ...a teraz sesja

      Hej,

       

      Dużej potrzebowałam motywacji, żeby podsumować grudzień, ale wreszcie mi się to udało. Mam nadzieję, że jeśli ktoś w ogóle czyta tego bloga to nie ma mi tego za złe ;)

       

      Zatem podsumowując: W grudniu wydałam około (pewnie więcej, bo nie wiem czy na wszystko miałam rachunki) 628,82 zł, na utrzymanie się (poza czynszem akademikowym).

       

      A teraz ze szczegółami.

      Skoro spędziłam w Krakowie 3 tygodnie w grudniu, więc przeliczmy moje planowane wydatki właśnie na 3 tygodnie (plus-minus). Zatem na jedzenie miałam 150 zł. Ile wydałam? 201,22 zł - czyli o 50 za dużo. Dalej: na alkohol miałam 50 zł miesięcznie, wydałam 94,34 zł, czyli znów o 50 za dużo... Kolejną kwestią były kosmetyki: 50 zł na miesiąc. Poszło 55,89 zł, więc tu się, tak jakby, zmieściłam :) Do tego miałam zapas 50 zł na "niespodziewane wydatki" (który, nawiasem mówiąc i tak już przekroczyłam...) i w nich zmieściły się (czy raczej nie zmieściły się) koszty związane ze świętami, tj. PREZENTY. Na prezenty wydałam (uwaga): 277,46 zł i pobiłam tym swój życiowy rekord xD W sumie, powinnam od tej kwoty odliczyć 50 zł, które miała mi oddać kuzynka (prezent dla dziadków był wspólny) i 25 zł, które stanowiły część spłaconą przez moją mamę, więc suma sumarum - nie jest źle. 202,46 na prezenty i wszyscy byli zadowoleni. Niech żyją święta!!

       

      A teraz podsumujmy mnie pod względem dietetycznym:

      najwięcej pieniędzy wydałam na fast foody (ale to akurat dlatego, że miałam gości i wyskoczyłam z nimi do McDonalda, a to kosztuje) a tak poza tym: dużo pieniędzy poszło na owoce (z czego jestem niesamowicie dumna). Zasługą tego jest zapewne fakt, że to był grudzień, a w grudniu grzechem byłoby nie zafundować sobie tony mandarynek :3 Kolejnym aspektem kosztownym w mojej diecie jest nabiał: mleko, sery i serki kanapkowe (chociaż, jakby się zastanowić, to nie było ich aż tak wiele, po prostu są drogie, nie oszukujmy się...) a zaraz potem: słodycze (i to już nie jest zasługa zbliżających się wtedy świąt, a raczej mojego widzimisia :P). Stosunkowo porównywalnie wydałam na pieczywo (przeważnie chleb), który kupujemy jednak z koleżankami na spółkę, więc mniej więcej wydałyśmy wspólnie 3 razy tyle (czyli jakieś 36 zł). 

       

      Jeśli chodzi o wydatki nie-na-jedzenie, to prym wśród moich wydatków wiedzie stanowczo alkohol... Piję za dużo piwa. I to źle. No może nie bardzo źle, bo w końcu jestem studentką i mam życie towarzyskie, ale jednak powinnam pić mniej, choćby ze względu na mój portfel...

      Od dentysty w grudniu miałam spokój. Tzn. od wydatków u dentysty, bo wizyt kilka miałam. Płaciłam jednak dopiero w styczniu, więc to będzie w następnym rozliczeniu ;)

       

      A teraz, żegnam się z Wami i idę wydzielić sobie kilka mentalnym batów za przekroczenie granic...

      Pozdro!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 stycznia 2013 12:55
  • niedziela, 09 grudnia 2012
    • 26. Idą święta

      Hej

       

      Dziś się wreszcie zmotywowałam i zaczęłam spisywać sobie z rachunków swoje wydatki. Nieźle, jak na fakt, że chciałam to robić od początku a już trzeci miesiąc w Krakowie mija... No cóż. 5 lat studiów przede mną, mam szansę to nadrobić ;)

       

      Tak więc po sylwestrze zamieszczę jako-taki bilans zysków i strat i pewnie zorientuję się, że nagle wcięło mi na coś ze 3 stówy i nie wiadomo gdzie się podziały... No ale nie wyprzedzajmy faktów ;) wydatki widmo to dopiero przyszłość, więc na razie nie będę zaprzątać sobie nimi głowy.

      Tymczasem, moje kochane wspaniałe i genialne wręcz stypendium wpłynęło na me konto bankowe i wytrzymało na nim jakąś dobę. Nie, żebym je od razu całe wydała (chociaż poniekąd tak, bo jak to inaczej nazwać?). Zapłaciłam zaległy miesiąc za akademik i od razu szarpnęłam się na opłacenie grudnia (jako, że 10ego mija termin zapłaty). Oddałam kumplowi stówkę, którą mi wisiałam, wraz z umówionymi odsetkami (wiszę mu jeszcze winko, ale nie wiem kiedy się znajdzie jakaś okazja na zwrot...). Co jeszcze? Oddałam kasę mamie, jako że utrzymywała mnie od początku października, mimo iż deklarowała się, że nie będzie w stanie tego robić (w związku z czym, miałam nie wyjeżdżać tak daleko na studia... Tani chwyt, ale nie zadziałał, więc się nie gniewam ;>). Suma sumarum: z 2 tysięcy, które wpłynęły na me wspaniałe konto, wydałam jakieś 1800 zł (wliczam do tego również kasę, którą w ten weekend przeznaczyłam na różne cele, w tym alkoholowe, jako że miałam gości). Pożyczyłam też 2 dyszki Kamilowi, ale to się nie liczy, bo dostanę przecież zwrot ;)

       

      Idźmy dalej: wracając na początku grudnia z domu, dostałam na odchodnym 150zł od rodziców. Powinnam więc mieć jakieś 350zł na utrzymanie w tym miesiącu (pamiętając o tym, iż 20ego wracam na święta i wracam dopiero po Nowym Roku). Z tego wydałam już trochę na jedzenie (zwłaszcza dzisiaj, bo miałam taką NIEWYOBRAŻALNĄ ochotę na koreczki śledziowe... mniaaaaaams) oraz kosmetyki/papier toaletowy etc. Ze szczegółami, wyspowiadam się ze swoich grzechów w okolicach stycznia (ojej, sesja...).

       

      Tak więc... pora wrócić do nauki ;)

      bye, 3mcie się ciepło ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2012 18:23
  • niedziela, 02 grudnia 2012
    • 25. Ojojoj

      I znów czas mija a ja nie zamieszczam wpisów...

       

      Tak więc, co nowego?

      Przede wszystkim, odkryłam kilka rzeczy:

       

      1)  Człowiek jest zwierzęciem społecznym. Wniosek ten wynoszę z faktu, iż nie chce mi się gotować dla samej siebie... Fakt faktem, że jestem w stanie ugotować mega obiad i spędzić na tym większość dnia, tylko pod warunkiem, że będzie to obiad dla kogoś. Kiedy robię jedzenie tylko sobie, spokojnie mogę się ograniczyć do kanapek. Smutne, ale prawdziwe. I jakie życiowe!

      2) Życie w akademiku (zwłaszcza posiadając stypendium) jest swego rodzaju "kontrolowaną samodzielnością". Takie przystosowanie do samodzielnego życia w przyszłości; trzeba zaplanować wydatki tak, żeby wystarczyło pieniędzy do pierwszego, trzeba kupić papier toaletowy i proszek do prania, trzeba zaplanować obiad i zadbać o wszystkie inne rzeczy. Jednocześnie, jeśli się nie uda, można liczyć na znajomych albo rodziców. Żyć, nie umierać!

      3) Postanowiłam bardziej planować wydatki; daję sobie 50 zł na jedzenie tygodniowo, 50 zł na alkohol i zachcianki miesięcznie i 50 zł miesięcznie na kosmetyki itd. Razem: ok. 300zł miesięcznie. Do tego 350zł za akademik, czyli razem 650zł miesięcznie na utrzymanie... Powiedzmy, że dołożę 50zł zapasu na niespodziewane wydatki i wychodzi 700zł miesięcznych wydatków. Moje stypendia w sumie dają 1510zł więc 810 zł miesięcznie zamierzam zaoszczędzić. Zobaczymy czy się uda...

       

      Nawiązując do ostatniego punktu - mam na koncie 73 grosze i 200zł na koncie oszczędnościowym. Grudzień rozpoczynam w domu rodzinnym, do którego przyjechałam między innymi na egzamin z prawa jazdy, który mam w poniedziałek (życzcie mi szczęścia), a jeśli chodzi o niespodziewane wydatki - już na "dzień dobry" wyskoczy mi leczenie kanałowe zęba (255zł - so sweet), więc bilans na koniec grudnia będzie troszkę zmodyfikowany... Cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie. Przede wszystkim, postaram się jakoś kontrolować wydatki i zamieszczać nieco więcej informacji tutaj.

       

      Na razie tyle: do zobaczenia przy następnym wpisie! (niezależnie od tego, kiedy to będzie ;P)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2012 20:10
  • poniedziałek, 19 listopada 2012
    • 24. Czasu brak

      Hej,

      Tak się ostatnio zastanawiałam i walczyłam pomiędzy "pisać bloga dalej" a "darować sobie, bo to bez sensu". Doszłam do wniosku, że to co robię mija się z tym, co zamierzałam robić... No cóż, pewnie czułam, że tak to się skończy. Niemniej jednak, spróbuję kontynuować swoją pracę.

      Żeby to robić, muszę przewartościować trochę kilka rzeczy.

      Przede wszystkim: zapomnijcie już o obietnicy codziennych wpisów. Nie tyle się to nie sprawdza ile nie mam na to czasu. Po drugie - zapomnijcie o relacjach z kilku dni. Postanowiłam zamieszczać tylko co ciekawsze rzeczy/wydarzenia/potrawy itp. Dzięki temu, czytając bloga unikniecie sztucznego nagromadzenia informacji. I na razie to chyba tyle. Do dzieła!

       

      Nie piszałam już od ponad 10 dni, więc pokrótce - był 11 listopada, w czasie którego po mszy przeszłam się na rynek (trafiłam na pochód/marsz czy jak to się tam zwie), następnie poszłam na Wawel (darmowy listopad!!) a potem nad Wisłę, gdzie położyłam się w słońcu i patrzyłam na łabędzie. Było spokojnie, ciepło, ładnie... Aż żal, że trzeba się uczyć. No cóż, wróciłam do akademika i coś tam potem robiłam, ale już nie pamiętam co...

      W ostatnią sobotę znów byłam w domu. Musiałam pójść po druczki z ubezpieczenia, żebym nie została obarczona opłatą za wizytę u okulisty (tu w Krakowie. Radzę zaopatrzyć się w druczki RMUA przed przyjazdem na studia). A propos - zwolnienie z wf-u dostałam, ale pani z komisji wysłała mnie na korekcyjną... Taak, nie ma to jak ćwiczenia na kręgosłup za to, że się jest ślepym -.-'

      W każdym razie, dzisiaj wyruszam do ScanMedu żeby to naprostować i uzyskać pełne zwolnienie (oraz złożyć papierki o ubezpieczeniu). Życzcie mi powodzenia!

       

      No to lećmy dalej - z ciekawszych potraw, jadłam ostatnio pyszny obiad w domu ;) I przywiozłam sobie praskę do ziemniaków, więc będę robić kluski <3 Przepis na "ciasto" do klusek pod spodem. Jadam też ostatnio smaczne jajecznice (z kiełbasą i cebulą) ale to chyba każdy wie, jak zrobić. 

      Cóż, na razie to tyle, bawcie sie dobrze ;)

      A! I najważniejsze - zgubiłam kartę mieszkańca. Geniusz ze mnie, nie ma co...

      --------------------------------------------------------------------------------

       

      CIASTO NA KLUSKI:

       

      potrzebne:

      - ziemniaki

      - sól

      - jajko

      - mąka ziemniaczana

       

      przepis:

      Ziemniaczki obieramy i gotujemy (w osolonej wodzie), następnie, gdy się ugotują, ciepłe przepuszczamy przez praskę. Rozdrobnione zostawiamy do lekkiego ostygnięcia, ale pamiętajcie, że nie mogą być całkiem zimne! Wystarczą takie, żeby można była do nich rękę włożyć i się nie poparzyć.

      Kiedy ziemniaczki są już znośnie ciepłe, ugniatamy je na płasko i dzielimy na 4 części. Jedną wyciągamy i kładziemy na resztę, a w dziurę wsypujemy mąkę ziemniaczaną. Powinna sięgnąć poziomu ziemniaków. Dodajemy jajko, mieszamy wszystko łyżką, a jak już się wszystko lekko wymiesza, to zaczynamy ugniatać ciasto ręką. Jeśli się za bardzo lepi, można dodać jeszcze mąki.

      Jeśli masa jest już jednolita i nie lepi się aż tak bardzo, zaczynamy formowanie klusek. Tutaj występuje pełna dowolność - z dziurkami, bez dziurek, płaskie, okrągłe, duże, małe, średnie, podłużne (chociaż to już bardziej kopytka) itd. itp. Pamiętajcie jednak, że im mniejsze (im cieńsze ciasto) tym szybciej się ugotują.

      Kiedy już wszystkie kluseczki mamy uformowane i leżą sobie spokojnie gdzieś na jakiejś desce/szafce etc. Stawiamy na grzejniku garnek z wodą (osoloną) i zagotowujemy ją. do wrzącej wody wrzucamy pojedynczo kluski i gotujemy tak długo, aż wypłyną na wierzch i jeszcze odrobinę. Można je mieszać od czasu do czasu.

      Wyjmujemy kluski z wody i jemy z roladą/kurczakiem/innym mięsnym wytworem oraz sałatką i cieszymy się, jakie to smaczne.

      To tyle :)

      Pa!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 listopada 2012 10:55
  • niedziela, 04 listopada 2012
    • 23. Koniec weekendu...

      ... i ostatnia chwila, żeby się nażreć na zapas.

       

      Cześć i czołem,

      ostatni wpis z czwartku, więc po kolei:

       

      piątek:

      Na ten dzień, zaplanowałam sobie spotkanie ze starymi znajomymi. Razem z dziewczynami spotkałyśmy się na rynku i poszłyśmy do kawiarni. Zjadłyśmy po ciastku, albo dwóch, napiłyśmy się kawy (kto pił, ten pił), po czym ruszyłyśmy na przystanek, żeby odprowadzić koleżankę do autobusu. Po drodze zahaczyłyśmy o tani fast food i kupiłyśmy sobie hot-dogi (zajeeebiste - najlepsze na Śląsku). Autobus z koleżanką odjechał, a my ruszyłyśmy na piwo (jak na prawdziwe studentki przystało).

      Wracając do domu, zorientowałam się, że:

      1) wydałam wszystkie pieniądze

      2) zapodziałam gdzieś swój piękny, wspaniały i AUTOMATYCZNY parasol z wyprzedaży w Rosmannie. O zgrozo.

       

      Tak więc, plan na kolejny dzień stworzył się sam.

       

      sobota:

      Z rana (czyli standardowo koło godziny 11), zadzwoniłam do kawiarni i zapytałam, czy nie znaleźli może gdzieś mojego parasola. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę i tym samym, operacja P.A.R.A.S.O.L. ruszyła z kopyta. Odebrałam go po zakupach z mamą (mam nowe buty zimowe ^^), a następnie ruszyłam do banku ze spłatą kredytu (nie mojego, rzecz jasna). Kolejną atrakcją wieczoru była wycieczka do domu rodzinnego mojej bratowej z wydrukowanymi biletami lotniczymi... Powrót był równie atrakcyjny, ponieważ: po primo - nie miałam żadnych autobusów, a do domu daleko, po secundo - kiedy się zorientowałam, że jest autobus, który jedzie w stronę domu i zaczęłam na niego biec, pękła mi torba i po trzecie - potem i tak musiałam czekać godzinę na autobus po przesiadce... No cóż. Przynajmniej noc była ciepła.

       

      niedziela:

      jest dzisiaj. Zjadłam wspaniały obiad, pomogłam w przygotowaniu jedzenia dla połowy akademika (nie no, żartuję, wszystko zjem SAMA!) i próbowałam się spakować. Przeszkadzał mi w tym trochę mój kot, którego zdjęcie pod spodem załączę ;) A co mi tam, musicie sobie na jakieś obrazki w końcu popatrzeć, nie?

       

      Przepisów nie zamieszczam, bo niczego sama nie ugotowałam. Raz zrobiłam tylko tosty francuskie, ale ten przepis gdzieś tu już chyba jest ;)

      Pozdro!

       

      P.S.: Pociąg o 19.45. I po 3 godzinkach znów będę w Krakowie ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „23. Koniec weekendu...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2012 14:53
  • czwartek, 01 listopada 2012
    • 22. Halloween!

      Sieeemka :)

       

      Przepraszam, że nie dawałam znaku życia. Ostatni wpis jest z soboty, więc należy Wam się skrócona historia dni "pomiędzy". Zacznijmy od początku:

       

      Niedziela:

      W niedzielę, jak się pewnie domyślacie, był chrzest mojej bratanicy. Zyskałam męża chrzestnego i szwagrów chrzestnych też ;) Zostałam matką i - jak na studenta przystało - najadłam się za wszystkie czasy na imprezie po chrzcie xD Przywiozłam nawet trochę ze sobą, ale o tym za chwilę.

      Pociąg powrotny do Krakowa miałam przed 20 więc dojechałam tak na 23, na szczęście z dworca odebrał mnie przyjaciel ze znajomą. Gdyby nie oni, nie wiem jak bym dotachała tę torbę do akademika... A że po drodze zahaczyliśmy o jedną taką domówkę, to już inna sprawa ;) Wróciliśmy do akademika z moimi rzeczami koło godziny 2 rano (przy okazji - na domówce zjedliśmy większość ciasta, które ze sobą przywiozłam i wypiliśmy po drinku złożonym z mleka sojowego i likieru bananowego, który ze sobą przywiozłam). Po powrocie położyłam się spać i nie wstałam w poniedziałek na wykłady...

       

      Poniedziałek:

      Poniedziałek był fajny. Dopiero na 14.00 wybrałam się na zajęcia, ale to jest nieważne. Ważne jest to co było do 14.00 :3

      Otóż: przywiozłam ze sobą opakowanie sałatek i jedną roladę śląską. Ponieważ rano pisaliśmy z przyjacielem odwołanie w sprawie mandatu, który dostał w niedzielę, a po 10 postanowiliśmy zjeść obiad, ja wyskoczyłam sobie z tą roladą :) Przepis pod spodem :P

      Po powrocie z zajęć byłam tak zmęczona i miałam tak wszystko w dupie, że wszyscy się pytali co się stało i dlaczego jestem taka smutna... Powodem mojego wyimaginowanego smutku było m.in. to, że nie było mnie na zajęciach, jak już na nie poszłam to przemokłam do suchej nitki (buty miałam dziurawe a był śnieg, który się topił - klej do butów to wynalazek geniuszu, mam wrażenie jakby to był już tylko zły sen), po drodze na tramwaj pękła mi torba, na zajęciach nic nie rozumiałam, pomijając fakt, że przyjechałam z półgodzinnym spóźnieniem (na ćwiczenia!), a wracając byłam w kilku sklepach i w żadnym nie było kleju do butów. Kiedy już go znalazłam i wróciłam do akademika, miałam takiego doła, że nawet nie próbowałam naprawiać swojego obuwia. Dopiero rano byłam w stanie sobie skleić buty i docenić geniusz tego kleju...

       

      Wtorek:

      Zajęcia jak zajęcia, dopiero od 12 (tym razem już byłam na wykładzie ;p). Po wyspaniu się, wstałam wcześniej niż zwykle i się wykąpałam. Zmyłam zmęczenie dnia poprzedniego i postanowiłam skleić buty, które - o dziwo - skleiły się bardzo dobrze, za co jestem im niesamowicie wdzięczna, bo nie stać mnie na nowe... No ale dalej; po zajęciach znów byłam zmęczona i leżałam sobie na łóżku, podczas gdy życie w pokoju kwitło. Współlokatorka zapytała czy idziemy na piwo z kilkoma osobami z kierunku, a ja na to: "na piwo? o tej porze? Nie... Jutro mam zajęcia na 8, chce mi się spać... Zresztą, co mi tam! Chodźmy." i poszłyśmy. I nie było nigdzie miejsca. I w końcu się znalazło. I było spoko. I wróciłam późno do akademika. I położyłam się spać. I następnego dnia znowu nie poszłam na wykład... O ja niedobra.

       

      Środa:

      Poranne zajęcia sobie odpuściłam i wstałam dopiero koło 10. Zjadłam śniadanie, spakowałam się na powrót do domu (zapomniałam wspomnieć: we wtorek stałam przez pół godziny w kolejce po bilet na pociąg. Takich tłumów na dworcu dawno nie widziałam...), ubrałam się i wyszłam na zajęcia. Miała być kartkówka, ale na 20-kilka osób przyszło jakieś 9 i prowadzący ją odwołał. W nagrodę zapowiedział nam kolokwium. I kartkówkę w innym terminie, rzecz jasna...

      Wróciłam z zajęć i skończyłam się pakować. Poznałam chłopaka naszej węgierskiej współlokatorki, który przyjechał do niej w odwiedziny na weekend, po czym wyszłam na autobus, żeby dojechać na dworzec. No i w tym momencie zaczął działać mój niesamowity geniusz, który objawił się tym, że:

      a) wsiadłam do złego autobusu

      b) następnie do złego pociągu

      c) poszłam za ciosem i wysiadłam na złej stacji

       

      Bijcie brawa, a tymczasem ja już tłumaczę:

      Przede wszystkim, należy wspomnieć, iż w Krakowie są 3 przystanki, które mają w nazwie słowo "dworzec". Są to: Dworzec Główny, Dworzec Główny Zachód i Dworzec Główny Wschód. Stojąc na przystanku i czekając na autobus, który jedzie na Dworzec Główny Zachód, natknęłam się na wcześniejszy, który jechał na Dworzec Główny Wschód. Pomyślałam sobie: "na ten przystanek jeszcze nie jechałam" i wsiadłam do tego autobusu. Pomijając fakt, że był przeładowany ludźmi i torbami (bo wszyscy wracali do domów na święta) to dodatkowo stał przez 20 minut w korku i - o zgrozo! - jechał na dworzec AUTOBUSOWY. Kiedy się zorientowałam, było już za późno. Modliłam się tylko, żeby dojechał na ten nieszczęsny przystanek zanim mój pociąg odjedzie. I dojechał. I miałam zaciesz. I poczułam ulgę. I popędziłam na odpowiedni peron, na którym to - no właśnie - stał pociąg, który - wedle tablicy - jechał w kierunku Katowic, przez które miałam przejeżdżać w drodze do domu. Wsiadłam do niego, drzwi się zamknęły i pociąg odjechał. Przed czasem.

      I właśnie to najbardziej dało mi do myślenia... No ale nieważne. Po godzinie, stanęła przede mną pani konduktor i poprosiła o bilet. Wtedy byłam już na 100% pewna, że jestem w złym pociągu. Dałam jej bilet, ona na niego spojrzała, potem spojrzała na mnie i zapytała z politowaniem: "Czy pani jest świadoma tego, że pomyliła pani pociąg?". Przyznałam, że owszem, ale ponieważ był to ten sam przewoźnik, a ja miałam kupiony bilet na dłuższą trasę, więc mandat mnie ominął i mogłam jechać dalej. Żyłam tylko i wyłącznie nadzieją, że pociąg do którego miałam wsiąść, przyjedzie do Katowic z opóźnieniem i będę się mogła do niego po prostu przesiąść. Widać byłam grzeczna, bo Bozia spełniła moje usilne prośby i nawet musiałam na ten pociąg czekać przez to jego spóźnienie...

      Prosto z dworca, udałam się do przyjaciółki, która miała mnie przenocować. Razem poszłyśmy następnie na imprezę Halloween, na której byłam średniej jakości kościotrupem. Dodałabym zdjęcie, ale wyszłam okropnie, więc nie dodam... Sorry ;)

       

      Czwartek:

      Zacznijmy od tego, że czwartek zaczął się na imprezie. Była to impreza karaoke, która przerodziła się następnie w Rockotekę. I właśnie kiedy się przerodziła, my się zwinęliśmy i poszliśmy coś zjeść. Padło na cheesburgery w Złotym Kurczaku. Wróciliśmy do domu i poszliśmy spać. Rankiem wróciłam do rodziców i zrobiłam im śniadanie... Cóż, pora na imprezkę rodzinną i wycieczkę po grobach ;)

       

      Wybaczcie, że taki długi wpis i że taka długa przerwa od poprzedniego, ale czasem po prostu nie wyrabiam ;)
      Pozdro. 

       

      P.S.: prawie zapomniałabym o przepisie xD

       

      ROLADA ŚLĄSKA Z RYŻEM

       

      potrzebne:

      - rolada śląska (wybaczcie, że tak wprost, ale przecież to nie ja ją robiłam ;P)

      - ryż

      - przyprawy

      - olej/tłuszcz

      - sałatki (można kupić sałatę, cebulę, rzodkiewkę itd. itp. ja przywiozłam swoją z imprezy)

       

      przepis:

      ryż gotujemy, po czym wyjmujemy z woreczków i wsypujemy na rozgrzany tłuszcz. Doprawiamy (vegetą, czosnkiem etc), a kiedy już się ładnie wszystko wymiesza, wykładamy na talerze. Dodajemy roladę (jeśli jest zimna, tak jak w moim przypadku, to polecam wpakować ją rozkrojoną na jakiś czas do piekarnika. Tylko polejcie ją odrobiną oleju, żeby mięso się nie wysuszyło) i sałatki i voila - smacznego :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 listopada 2012 13:31
  • sobota, 27 października 2012
    • 21. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

      Hejka,

      Ostatni wpis był w czwartek, więc - w skrócie - opiszę Wam piątek i spółkę ;)

      Przede wszystkim, dzień zaczął się od "cześć, jesteście głodne?" wypowiedzianego przez kolegę z akademika, który wpadł do naszego pokoju o 10 rano z dwoma opakowaniami pierogów ruskich z tesco (podobno opakowanie kosztuje niecałe 3 zeta). Na te słowa, szybko się dobudziłam i zaoferowałam swoją pomoc przy ugotowaniu tegoż posiłku. Wiadomo - darmowe jedzenie piechotą nie chodzi... chociaż akurat w tym przykładzie chodziło. No nieważne.

      Śniadanie złożone z pierogów było ok, kolacja złożona z tych samych pierogów (znaczy z drugiego opakowania) z zasmażką była jeszcze lepsza i tym samym okazało się, że nie jadam obiadów, tylko obiadośniadania i obiadokolacje. O.

      Przejdźmy jednak, do tej ciekawszej części piątkowego dnia i nocy, a mianowicie, do wypadu na "Skyfall" do multikina na zadupiu. Seans o 22.30. Przychodzę z jedną koleżanką, szukając dwóch pozostałych, które miały być wcześniej, żeby odebrać zarezerwowane bilety. Koleżanek nie było, więc - za namową tej, z którą przyszłam - wybrałyśmy się do łazienki. Słynne "weszła jedna, wyszły dwie" najlepiej zobrazuje to co się działo potem ;P

      Czwarta koleżanka dotarła spóźniona, bo - jak się okazało - zrobiła sobie coś z kostką w autobusie i ledwo się do nas dokuśtykała... Film był spoko, pomijając fakt, że (po raz pierwszy w całym moim życiu) się zaciął. Film puszczony w kinie się ZACIĄŁ. Czaicie to? Zaświecili światła, wyłączyli ekran, przeprosili za usterkę, a po 15 minutach puścili od momentu, który już dawno widzieliśmy. Z lekkim niesmakiem obejrzeliśmy powtórkę, po czym ponownie zagłębiliśmy się w wir akcji.

      Po seansie, koleżanka z usterką nożną stwierdziła, że chyba skręciła sobie kostkę, bo jej spuchła i nie może nią ruszać. Dokuśtykała do wyjścia (deszcz i wiatr zaatakowały ze zdwojoną siłą), po czym - po kilku telefonach do znajomych i na pogotowie - postanowiła zadzwonić po taksówkę. Tak oto, kończy się wypad do kina na zadupiu w środku nocy, w deszczu pod koniec października i do tego na dzień przed powrotem do domu. Przynajmniej w moim wszechświecie, po odpowiedniej stronie lustra...

       

      No, ale nieważne. Wróćmy do dnia dzisiejszego; o 7.22 miałam pociąg do domu i - oto jestem! Zjadłam dziś kilka bułek z pasztetem i musztardą (nie razem, oczywiście) i zaczęłam pakować się na jutrzejszy powrót do akademika. Po drodze mam jednak chrzciny, na których odgrywam kluczową rolę, tak więc - życzcie mi miłej zabawy. Przywiozę ze sobą do akademika tony ciasta :3

      -------------------------------------------------------------------

       

      ZASMAŻKA DO PIEROGÓW!

       

      potrzebne:

      - bułka tarta

      - masło/margaryna

      - przyprawy (np. vegeta)

       

      przepis:

       

      na głębszą patelnię albo do rondelka wrzucamy troszkę masła/margaryny (w żadnym wypadku nie oleju!) i czekamy, aż się roztopi. Następnie, wsypujemy bułkę tartą i mieszamy, przyprawiając do smaku. Wszystkiego "na oko", ale łatwo to wyczuć. Generalnie całość powinna mieć konsystencję takiej gęstej papki.

       

      Smacznego ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2012 21:49
  • czwartek, 25 października 2012
    • 20. Debata wyborcza

      Siemka, 

      Zauważyłam, że ostatnio jakoś tak już regularniej dodaję wpisy, więc nie jest źle. Bądźcie ze mnie dumni ;)

      Teraz sprawy finansowe: właśnie sprawdziłam stan konta i zostało mi 21 złotych z groszami. Pieniądze te muszę przeznaczyć na powrót do domu w sobotę (wspominałam, że będę chrzestną?) i, w sumie, wszystko wskazuje na to, że nie pójdę do kina, do którego miałam w piątek iść. Szkoda.

      A jak dostanę stypendium to kupię sobie buty, pójdę do kina, na koncert i do baru wszystko przepić. O! I jeszcze praskę do ziemniaków sobie kupię i jakieś spodnie, i kilka koszulek, i może nową torbę, i sznurki, żeby sobie zrobić bransoletki, i koc, żeby mieć zajebisty w akademiku, i termos, żeby nosić ciepłą herbatę na uczelnię (choć, w zasadzie, i tak nie będę tego robić, więc chrzanić termos), i bluzę, bo żadnej fajnej nie mam, i soczewki miesięczne, bo nienawidzę swoich okularów, i makaron spaghetti, bo już wyczaiłam fajny sos do niego, i koszulki do segregatora, żeby moje notatki były piękne i zajebiste, i bilet semestralny na autobus i tramwaj, żeby się już kurna nie przejmować kanarami, i dużo dużo materiałów, z których zrobię zajebistą grę planszową :3

      W sumie, to jeszcze jedną, dwie albo siedem innych rzeczy, ale to już tak na marginesie. Chcę stypendium!!!!

       

      A teraz wróćmy, do realiów mojego codziennego życia. Więc:

      wtorek skończył się kolejną imprezą, w sumie taką przypadkową, ale generalnie zajebiście fajną i po niej zasnęłam dzisiaj na wykładzie siedząc w pierwszym rzędzie i odczuwając, że jeszcze jestem pijana, bo kręci mi się w głowie jak zamykam oczy... Taak, jak to leciało? Że abstynent? Że już nie piję? No właśnie. Tak to się potem kończy...

      A teraz dzień stricte dzisiejszy: rozdawali dzisiaj kalendarze studenckie w Collegium Novum. Kolejka jak po chleb za czasów PRL-u, a do tego taki bezgranicznie bezsensowny porządek, że - koniec końców - z kolejki nic nie zostało, a jedynie czułam sie jak na jakimś koncercie heavy-metalowym, w samym centrum POGO. To było to, czego mi było trzeba...

      Kalendarz dostałam, żeby nie powiedzieć "zdobyłam", więc było warto ;)

      Wróciłam do akademika w sam raz na debatę wyborczą, w trakcie której doszłam do wniosku, że już nie chcę być w Radzie Mieszkańców. Nie wiem, czy dostanę jakieś głosy, ale szczerze mówiąc, nie chcę ich już dostawać, bo jak zaczęłam słuchać tych wszystkich wykłócających się ludzi, to mi się wszystkiego odechciało. Jeśli tak się mnie mają potem czepiać, to ja już się w nic nie chcę angażować. Spokojne, luźne i zajebiste życie studenckie bardzo mi odpowiada ;)

       

      No, ale przejdźmy do aspektów kulinarnych...

      Pomijając to, że na śniadanie i obiad zjadłam po zupce chińskiej (muszę je w końcu zostawić i wrócić do normalnego odżywiania się), zjedliśmy dzisiaj z moją współlokatorką i przyjacielem z akademika tak zwane "tosty francuskie". Chyba już raz je w akademiku jedliśmy, ale nie wiem, czy Wam o tym wspominałam, więc zamieszczę przepis "tak na wszelki wypadek" ;)

       

      ------------------------------------------------------------------

       

      TOSTY FRANCUSKIE:

       

      potrzebne:

      -chleb (może być taki starszy i twardszy)

      - jajka

      - przyprawy

      - olej(albo inny tłuszcz)

       

      przepis:

      Jajeczka wbijamy do jakiegoś głębszego talerza lub miski i rozbełtujemy(im więcej chleba tym więcej jajek) i dowolnie przyprawiamy. W najuboższej wersji może być sama sól, albo np. vegeta. Opcjonalnie oregano, bazylia i inne ziołowe wytwory. Tylko tak z umiarem ;)

      Kiedy już mamy jajeczka rozbełtane i przyprawione, maczamy w nich pojedyncze kromki chleba (z obu stron) i wrzucamy je na rozgrzany olej/masło/margarynę etc. Jak się przysmaży z jednej strony, to odwracamy na drugą, a następnie na talerz. Do zjedzenia z ketchupem/majonezem/szynką/serem, generalnie co kto woli...

       

      Smacznego ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      saya001
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 października 2012 00:41